autor: Leszek
Mazan. Dziennik Polski 18 marca 2005 r.
19 pażdziernika 1600 r. w obecności
króla Zygmunta III ksiądz Piotr Skarga wygłosił
w katedrze wawelskiej jedno ze swych świetniejszych,
patriotycznych kazań "Dziękowanie Bogu za zwycięstwo
nad Michałem Multańskim". I tym kazaniem -
pisze Stanisław Windakiewicz - "zakończył się
ten olśniewający wiek XVI, który był świadkiem hołdu
pruskiego, trzynastu koronacji, oblężenia Maksymilianowego
i tylu nieporównywanych wjazdów, pochodów i triumfów.
Nikt nie przypuszczał, że będzie
to ostatni rok świetności Wawelu i że po nim nastąpią
długie lata smutku, opuszczenia i klęsk".
Opuszczony przez królów, którzy przypominali sobie
o nim coraz rzadziej, bezbronny, dewastowany przez
kolejne najazdy, zamek królewski tracił swe rzeczywiste
i symboliczne znaczenie. Jeszcze kilka razy zebrał
się tu sejm, jeszcze w katedrze odbyło się kilka
królewskich koronacji i pogrzebów, jeszcze przed
królem Władysławem IV bił czołem elektor brandenburski
(po raz pierwszy nie osobiście, lecz "przez
posła"), ale monarchowie coraz częściej wybierali
na miejsce najważniejszych - religijnych i politycznych
wydarzeń - warszawską katedrę św. Jana, warszawski
zamek, Wilanów i Pole Mokotowskie. Ostatni (hurtowy
- dwóch królów i królowa) pogrzeb królewski na
Wawelu odbył się w 1734 r.; dwa dni póżniej biskup
Jan Aleksander Lipski po raz ostatni koronował
tu króla (Augusta III Sasa). Potem zamek krakowski
mógł dla monarchów i sejmu być już jedynie symbolem
gwałtu na najpiękniejszych narodowych tradycjach.
Spalony już wcześniej, w 1702 r., przez kwaterujących
w komnatach Szwedów, stał się po pierwszym rozbiorze
zamkiem nadgranicznym. Po drugiej stronie Wisły,
naprzeciw Smoczej Jamy, było już Cesarstwo Austriackie...
Pierwszymi, którzy patrzyli z okien
Wawelu na nową granicę, byli okupujący Kraków
i kwaterujący w zamku żołnierze rosyjscy. Ci sami,
którzy - przez nikogo nie zatrzymywani - zbezcześcili
trochę wcześniej w katedrze groby królewskie.
Tadeusz Czacki, po przeprowadzeniu wiosną 1791
r. lustracji województwa krakowskiego, napisał
w raporcie dla rządu: "Zamek... w krótkim
czasie zmieni się w zwaliska, gdy władza krajowa
swojej do niej nie zbliży rozwagi". W następnym
stuleciu Wawel - miejsce, "gdzie wszystko
jest Polską" - wykorzystywany był, po kolejnych
przeróbkach, głównie na koszary wojsk okupacyjnych.
I tak ano na białej, wapiennej skale, górującej
nad pradoliną Wisły stał coraz bardziej niszczejący
i coraz tragiczniejszy w swej wymowie polski wyrzut
sumienia, wiecznie obecny w świadomości narodowej,
odczuwany jako "profanacja dostojnego symbolu
państwowości polskiej". Kilkakrotnie podejmowano
wysiłki, by go przed całkowitą degradacją zabezpieczyć.
W latach 1854 - 1856 "znacznie
obniżono dachy, część ich ciężaru opierając na
omurowanych arkadach dziedzińca, zredukowano mur
strychowy, usuwając gzyms koronujący i zmieniając
proporcje gmachu, wprowadzono blanki nad basztą
Senatorską i wieżą Duńską...". Przeróbki
te poprawiały stan techniczny Wawelu, ale, niestety,
kosztem dalszego zatarcia form historycznych.
Szansa na bardziej sensowne z konserwatorskiego
i historycznego punktu widzenia działania pojawiła
się dopiero po zmianie polityki narodowościowej
Austro - Węgier. Przypomnijmy, że od strony formalnoprawnej
zamek pozostawał własnością miasta Krakowa, którego
samorząd w 1868 r. podjął starania o jego odzyskanie.
Społeczeństwo przeoranych granicami zaborów ziem
polskich deklarowało wszelką możliwą pomoc, nie
tylko finansową, "by móc przywrócić godność
tej narodowej relikwii i rozpocząć jej ratowanie".
Zgodnie z ogólnymi oczekiwaniami na Wawelu mieścić
się miał dostępny szerokiej publiczności skarbiec
narodowych pamiątek i dzieł sztuki. Okazja do
odzyskania, co nasze, wydarzyła się we wrześniu
1880 r., w czasie starannie przygotowanej wizyty
w Krakowie cesarza Austro - Węgier, Wielkiego
Księcia Krakowa (tak brzmiał jeden z jego tytułów)
pięćdziesięcioletniego Franciszka Józefa I. Monarcha
raczył - po raz drugi w czasie swego panowania
- zwiedzić wawelskie wzgórze. Na koszarowym dziedzińcu
delegacja sejmu galicyjskiego z marszałkiem krajowym
Ludwikiem Wodzickim, realizując arcysprytny manewr
polityczny Mikołaja Zyblikiewicza, wręczyła najjaśniejszemu
panu petycję z "najuniżeńszą prośbą",
by raczył przyjąć Wawel na rezydencję habsburską
i przywrócił go do dawnej świetności. Cesarz już
w 1897 r. zareagował pozytywnie i po odwiedzinach
w Krakowie arcyksięcia Franciszka Salwatora (1891)
oraz arcyks. Karola Ludwika (1894) zapadła w Wiedniu
decyzja, by wawelskie wzgórze wróciło w całości
w ręce polskie. Monarcha wyraził równocześnie
życzenie, by część zamku przeznaczyć na przechowywanie
pamiątek narodowych i dzieł sztuki, a także wyznaczył
roczną subwencję 100 tys. koron jako swój udział
w kosztach odnowienia Wawelu. Łączne, poniesione
głównie przez polskie społeczeństwo, koszty wykupu
zamku i urządzenia w niej rezydencji najjaśniejszego
pana na czas jego pobytów w Krakowie wyniosły
- jak podaje Stanisław Broniewski - 2 mln 714
tys. 606 koron i 89 halerzy (Kasa Oszczędności
m. Krakowa przekazała 800 tys., Sejm Krajowy 100
tys. koron). Za pieniądze te (subwencje ze Lwowa
i Wiednia wpływały regularnie aż do 1918 r.) wybudowano
koszary artylerii, zbrojownię i magazyny na ul.
Rakowickiej oraz szpital wojskowy na ul. Wrocławskiej
- łącznie osiem budynków. Akt przekazania zrujnowanego
zamku królewskiego na własność kraju podpisano
7 sierpnia 1905 r.
Historyczną część Wawelu, w tym
zamek - zdewastowany symbol świetności dawnej
Rzeczypospolitej - wojsko opuściło natychmiast.
Rozpoczęły się żmudne prace konserwatorskie. Jak
podają autorzy, do końca panowania austriackiego
w Krakowie suma wszystkich wydatków na Wawel przekroczyła
5,5 mln koron, z czego strona polska pokryła ok.
4,5 mln. Równie ważne jednak było opracowanie
koncepcji - jak i w jakiej kolejności restaurować.
A koncepcji było co najmniej kilka: od nadania
zamkowi statusu "malowniczej ruiny",
po wizję Władysława Ekielskiego i Stanisława Wyspiańskiego,
widzącego w uwolnionym od wzniesionych przez zaborców
budynków i murów obronnych Wawelu "Polskie
Akropolis" z siedzibą przyszłych władz centralnych
i urzędów odrodzonej Rzeczpospolitej: króla, senatu,
Akademii Umiejętności, teatru, stadionu etc. Podstawowym
celem było ratowanie narodowej relikwii przed
całkowitym zniszczeniem. Równocześnie "Brzydota
zamku, wstrząsająca w zestawieniu z jego dawnymi
widokami, wymagała przeprowadzenia daleko idących
korekt estetycznych".
Stan techniczny budowli - potwierdzony
przez prowadzone już wcześniej przez Polaków badania
- był fatalny, spory, która część zamku ma być
rezydencją cesarską (pierwotnie przeznaczono na
nią drugie piętro i część parteru), a która składem
pamiątek - przez długi czas nierozstrzygnięte.
Prace przygotowawcze, a potem i wykonawcze koordynował
doradczy Komitet Krajowy Restauracji Zamku z siedzibą
we Lwowie (który, przypomnijmy, był stolicą Galicji).
Innym organem opiniotwórczym i kontrolnym było
Grono Konserwatorów Galicji Zachodniej. Propozycje
konkretnych rozwiązań architektonicznych i technicznych,
piekielnie trudne do uzyskania consensusy: co
zburzyć, co zostawić? - formowano w Kierownictwie
Odnowienia Zamku, któremu aż do 1914 r. przewodził
Zygmunt Hendel. Roboty budowlane trwały od jesieni
1905 do 3 sierpnia 1914 r. (czyli do wybuchu wojny).
Rozpoczęły się od prowizorycznego zabezpieczenia
dachów, usuwania wtórnych ścianek działowych,
odbijania tynków itp. Pracowało "2 podmajstrzych,
66 murarzy i 40 chłopów", a także firmy kamieniarskie,
znane i te zarabiające dopiero na Wawelu na swą
sławę i chwałę.
Zainteresowanie postępami prac było
ogromne, na Wawelu pojawiły się wkrótce pierwsze
wycieczki, a pierwsi przewodnicy pokazywali mur,
oddzielający sypialnie ślubującej czystość Kingi
i Bolesława Wstydliwego, czy - na dziedzińcu Batorego
- wannę, w której ponoć kąpała się w ptasim mleku
królowa Bona (był to zresztą ostatni moment, bo
łażnię królewską, niestety, wyburzono).
Zapotrzebowanie na takie opowieści
było i jest dziś na Wawelu (podobnie jak w każdym
chyba zamku na świecie) ogromne i zrozumiałe.
W Krakowie i we wszystkich ziemiach polskich dochodziło
do tego okrutnie niecierpliwe oczekiwanie na "przywrócenie
zamkowi dawnego znaczenia i powagi rezydencji
monarszej". A tymczasem prace koncentrowały
się na rzeczach mało romantycznych ("okna
zostają takie jakie są, nie wolno fałszować renesansowych"),
dopiero po dwu latach prasa pisała o smokach -
rzygaczach na dziedzińcu, o rekonstrukcji stropu
kasetonowego, o całkowitym wyburzeniu omurowania
arkad, o odzyskaniu świetności przez salę Poselską....
Do zakończenia pierwszej ze światowych
wojen wypracowano i wdrożono kompromisowy kierunek
odnowienia. Usunięto najbardziej rażące nawarstwienia
z czasów austriackich. Ukończono - przy ogromnym
wysiłku finansowym - dachy nad całym zamkiem.
Skala, zakres i tempo prac rzucały na kolana,
wystawiając najlepsze świadectwo nie tylko wykonawcom,
ale i polskiemu - nareszcie mądremu - pojmowaniu
patriotyzmu. To trzeba zobaczyć, te stare fotografie
z pionierskich lat, porównać je z dzisiejszą sławą
i chwałą zamku, przekonać się na własne oczy,
jak było naprawdę. Jak z "malowniczej ruiny",
z "obrazu nędzy i rozpaczy" zamek na
wawelskiej skale przepoczwarzał się w budowlę
godną tysiącletniej tradycji siedziby królów i
książąt, godną ambicji całego społeczeństwa, osobliwie
darczyńców, którym jakże mądrze przyznano prawo
umieszczania na ścianach komnat swych - małych,
bo małych, ale zawsze - tarcz herbowych, a potem
- już na murach - tabliczek ze swym nazwiskiem
i, komu wola, nazwą firmy.
30 września 1927 r., po raz pierwszy
od czasów rozbiorów nocował na Wawelu człowiek
stojący na czele państwa - prezydent RP Ignacy
Mościcki. Prezydent - który życzył sobie, by jego
wawelska siedziba znajdowała się w samym zamku,
a nie w proponowanych mu budynkach dawnych kuchni
królewskich - był "podwójnie u siebie":
zamek podlegał m. in. jego Kancelarii Cywilnej.
Charakterystyczne dla naszej długości i szerokości
geograficznej spory kompetencyjne doprowadziły
do powołania w 1930 r. podzielonego na cztery
komisje Państwowego Komitetu do spraw Odnowienia
Zamku Królewskiego na Wawelu, na czele którego
aż do wybuchu II wojny światowej stał absolwent
czterech wyższych uczelni Adolf Szyszko - Bohusz
(z uwagi na szeroki rozrzut tematyczny zainteresowań
i realizacji zwany w Krakowie "Wszystko Bohusz"),
autor genialnego pomysłu "cegiełkowego".
Co przybyło na zamku za jego kadencji?
To, co jest do dzisiaj, choć prawie
nikt już tego nie kojarzy z konserwatorsko - budowlanymi
pracami międzywojnia, m. in. pierwsza elewacja
całego zamku, kominki Wawelu i kolorowe posadzki;
renesansowe i barokowe stropy i kamienne portale;
dekoracje sal Pod Zodiakiem i Pod Planetami; i
wielkie piece kaflowe; kominki i żelbetowy strop
w Sali Sreber. Szyszko - Bohusz, jedna z najbardziej
zasłużonych acz i kontrowersyjnych postaci w historii
odnowy zamku, umiał prawie zawsze przeforsować
swoją wolę. "Namiętne dyskusje wywoływał
odbiór restaurowanych pomieszczeń. Na łamach prasy
krytykowano nadmierne bogactwo i przepych komnat...
Zastrzeżenia budziły też marmurowe posadzki, zwłaszcza
na parterze, a także ozdobne stropy, komentowane
jako efekt pośredni pomiędzy historyzmem a fantazjowaniem
na tematy historyczne. Raziło także ("autentyk
rzeczą nadrzędną!") ogólne wrażenie nowości".
Ha, a jakże miały teraz wyglądać ściany dawnej
rezydencji Piastów, Jagiellonów i (od czasu do
czasu) Wazów, oczyszczane z koszarowego brudu,
smrodu i poniżenia? Najcenniejszą autentyczną
częścią architektury są nienaruszone dawne proporcje,
grubość murów, stosunek szerokości izb do wysokości...
Nie wygląd, nie stan zachowania zamku oddziałują
na nas, ale świętość miejsca! - wołał Szyszko
- Bohusz i volens nolens (miał poparcie samego
prezydenta RP) trzeba go było słuchać - co zresztą
Wawelowi - najczcigodniejszemu relikwiarzowi przeszłości,
widomemu znakowi ciągłości historycznej, wcale
na złe nie wyszło. Wprost przeciwnie, z dzisiejszej
perspektywy dorobek międzywojnia należy uznać
za imponujący.
Na restaurację czekały m. in. wnętrza
skrzydła zachodniego, budynek dawnych kuchni królewskich,
baszta Senatorska, nawierzchnia dziedzińca arkadowego,
wreszcie stoki i dawne ogrody królewskie.
Tymczasem w 1939 r. na Wawel wprowadził
się kolejny okupant: hitlerowskie Niemcy i generalny
gubernator dr Hans Frank. Pierwszym jego pomysłem
było stworzenie na piętrach skrzydła zachodniego
apartamentu dla Hitlera (w miejsce planowanego
apartamentu prezydenckiego). Ostatecznie dawną
sypialnię prezydencką w baszcie Duńskiej zajął
sam Frank, lokując rodzinę w Kurzej Stopce. W
gotyckich parterowych salach obrabowanego w 1795
r. przez Prusaków Skarbca Koronnego urządzono
piwiarnię, w sali Senatorskiej powstało kino,
zniszczono zespół oficyn zamkowych (kuchnie, spichlerz,
wozownie), usunięto ze wzgórza pomnik Kościuszki.
Elewacje otrzymały detale nawiązujące do stylistyki
hitlerowskiej. W 1945 r. nowe władze odebrały
Wawelowi funkcję rezydencji głowy państwa. Rozpoczęło
się usuwanie - tym razem niemieckich - przeróbek
i adaptacji, odzyskiwanie wyposażenia wnętrz.
Przez najbliższe kilkadziesiąt lat zamek miał
pełnić głównie funkcję muzealną. Ambitne plany
Szyszko - Bohusza, dotyczące restauracji czekających
na konserwatorów od 1905 r. sal zamkowych, odsunięto
na plan dalszy. Nie jest to być może określenie
do końca prawdziwe, ale nie da się ukryć, że pozbawiona
wsparcia politycznego odnowa wawelskiego wzgórza
aż do 1955 r. szła topornie. Potem na Wawelu pojawiają
sę na stanowiskach opróżnionych przez wiatr historii
nowi ludzie, profesorzy Alfred Majewski, Jerzy
Szablowski, wraz z nimi młodzi, zdolni konserwatorzy,
nowe koncepcje i możliwości wykonawcze.
Najwyższy czas, bo obiekty architektoniczne,
w tym i Wawel, narażone są na niszczące działanie
atmosfery a pozbawione (fundusze!) efektywnych
środków obrony niszczeją w zastraszającym tempie.
Na szczęście powstaje Społeczny Komitet Odnowy
Zabytków Krakowa, a miasto wraz z zamkiem wpisane
zostaje na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego
i Przyrodniczego UNESCO.
Co było dalej - a było bardzo, bardzo
wiele - opowiada szczegółowo i arcyciekawie książka
i równie pasjonująca wawelska wystawa "Wawel
narodowi przywrócony". No, to idziemy na
Wawel...
|